- No, nie dzieci przecież. Ktoś dorosły powinien... .

Zaintereso-. Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. - Dzwon?... Dlaczego wziął dzwon? - jęli się dziwić chłopcy na łóżkach. Jadwiżka musiała więc wytłumaczyć, że dzwon służył po to, by zwoływać narciarzy. Pan dzierżawca zawiesił go na wieży triangulacyjnej... - Co to jest za wieża?. - Awo patrzaj, Jaśku, jak on tobie teraz grzeczniusio kłania sia - Kaźmierz mówi to przypochlebnie, życzliwie popychając brata w stronę płotu. Kargul tylko na to czekał: robi dwa wielkie kroki i już jest przy samym płocie. Jedną ręką trzyma kapelusz na wysokości piersi, drugą już serdecznie wyciąga nad sztachetami na powitanie gościa.. Wszelkich pojęć.. To jeden z oddziałów, przeszukujących urwisko, dostrzegł z wysoka Klimkowe zwłoki leżące w żlebie pomiędzy Małym Jaworowym a Zadnią Jaworową Turnią. Można było teraz stosunkowo dokładnie odtworzyć przebieg tragedii. Klimek, w momencie gdy po raz ostatni pojawił się na krawędzi grzędy oczom Zaruskiego i Zdyba, istotnie był na początku owej wąskiej, stromej półeczki, biegnącej w prawo pod przewieszonymi skałami. Nieomylny instynkt doświadczonego człowieka gór powiedział mu, że jest to najsłabszy punkt nie zdobytej twierdzy górnych partii ściany Małego Jaworowego ((4)). Poprzednio, przeszukując samotnie rozległą, nie znaną sobie ścianę, musiał Klimek wyjść prawdopodobnie popod górne zerwy, nie natrafiając, niestety, we mgle na Szulakiewicza, który już zapewne nie dawał wtedy oznak życia ((5)). Klimek słusznie - przynajmniej jak na ówczesny stan techniki taternickiej - uznał owe zerwy za niedostępne. Począł wobec tego szukać, gdzie by powinni się skierować dwaj młodzi wspinacze i gdzie wobec tego może leżeć Szulakiewicz. Zszedłszy nieco w dół i przetrawersowawszy w prawo na krawędź ściany, Klimek odkrył skośną półeczkę. Sądził, że tam gdzieś może być owa platforma z oczekującym pomocy taternikiem i że stamtąd będzie można stosunkowo łatwo wydostać się na grań. Na swoje nieszczęście nie wiedział, że półeczka nie doprowadza do samej grani. Urywa się nagle, a dopiero ponad nią rozpoczynają się największe trudności drogi. Klimek nie namyślał się długo. Kiwnął towarzyszom ręką na pożegnanie, a trochę dla uspokojenia ich, i ruszył półeczką. Stawała się ona coraz węższa, trzeba się było przeczołgiwać pod przewieszonymi skałami w zupełnej ekspozycji. Po kilkudziesięciu krokach widniała w niej kilkumetrowa przerwa. Dalej półka ciągnęła się jeszcze, aż zagradzało ją majaczące poprzez mgłę żebro skalne. "Trzeba zajrzeć poza to żebro - pomyślał zapewne Klimek - może za nim jest platforma z Szulakiewiczem, może półeczka ciągnie się dalej, a może - któż to zgadnie w tej ćmie? może to już nie żebro, a grań?" - Klimek pragnąłby tego bardzo... Mimo żelaznej woli jego ciało ogarnia coraz silniejsze znużenie. Po gładkiej, mocno nachylonej ku przepaści płycie stara się Klimek prześliznąć na brzuchu, trzymając się rękami wątłej trawki, rosnącej w szczelinie skalnej. Rozmiękła od deszczu darń nie wytrzymała ciężaru i Klimek zsunął się w dół. Na wystającym cyplu skalnym pozostały zaczepione jego serdak i bluza, on sam wyśliznąwszy się w pędzie z odzienia, runął w przepaść z dwustumetrowej wysokości... Grzmot kamiennej lawiny, który słyszeli towarzysze, obwieścił koniec życia tego chłopskiego bohatera. Smutny był biwak wyprawy ratunkowej w lesie Doliny Jaworowej. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze złudzenia co do losów Klimka - dzień 13 sierpnia rozwiał je całkowicie. Krótkotrwały okres rozpogodzenia minął. Deszcz zaczął padać znowu. W żlebie, w którym leżał Klimek, bielił się spieniony wodospad. Cały dzień 14 sierpnia przeszedł w oczekiwaniu na pogodę. Dopiero w poniedziałek, 15 sierpnia, można było ruszyć do szturmu. Kuba Wawrytko, Jędrzej Marusarz i Wojciech Tylka przy pomocy haków, lin i skleconej z gałęzi drabinki pokonali pierwszy, czterdziestometrowy, przewieszony próg żlebu. Dalej czekały ich nie mniejsze trudności. W strugach wody, czepiając się czarnych, oślizłych skał, wdzierali się powoli, nieustępliwie. Około godziny czwartej stanęli przy zwłokach towarzysza. Z pomocą pozostałych spuścili zaszyte w płótno ciało Klimka Bachledy i ponieśli na barkach w dolinę. W czterdzieści pięć lat później, w sierpniu 1955 roku, ten sam żleb pomiędzy Małym Jaworowym a Zadnią Jaworową Turnią, niekiedy zwany również Klimkowym Żlebem, był widownią nowego wypadku, przypominającego nieco katastrofę Szulakiewicza i Jarzyny. W czasie forsowania, górnej przewieszonej części żlebu, przy pomocy haków i pętli (tzw. "techniką hakową"), przez dwójkę polskich wspinaczy młodego pokolenia, St. Biela i Cz. Momatiuka, idący jako pierwszy Biel odpadł na skutek wyrwania się haka i przeleciawszy kilkadziesiąt metrów zatrzymał się na platformie - ciężko potłuczony, ale żywy i co dziwniejsze - bez żadnych poważniejszych uszkodzeń. Momatiukowi, który nie odniósł szwanku, udało się zejść bez asekuracji do Biela, a potem w dół poprzez całą ścianę do Doliny Jaworowej. Nie musiał biec po pomoc aż do Morskiego Oka czy Jaworzyny. W dolinie znajdowały się w namiotach dwa obozy wysokogórskie: polski i słowacki. Jeszcze tego samego dnia Momatiuk z grupą wspinaczy, lekarzem, śpiworami, jedzeniem Był z powrotem przy Bielu i nocował z nim. Na drugi dzień przybyła ekipa ratunkowa słowackiej Horskiej Slużby. Pogoda popsuła się w prawdzie i tym razem, ale nie do tego stopnia, by uniemożliwić akcję. Nowoczesny sprzęt (cienkie stalowe liny, bloki, specjalne krzesełko do transportowania rannych) pozwolił stosunkowo szybko ściągnąć wspinacza ze ściany, oszczędzając mu przy tym zbędnych cierpień Po dwóch tygodniach Biel zdrów i cały opuścił szpital. Porównanie tych dwóch akcji ratunkowych - z 1910 i 1955 roku - mówi wiele o stopniu współczesnego opanowania Tatr. Silny ruch turystyczny i taternicki, nowoczesny, lepiej przystosowany do terenu górskiego sprzęt asekuracyjny i ratowniczy stwarza o wiele lepsze warunki bezpieczeństwa niż kiedyś. Stwierdzenie tego nie umniejsza w niczym - przeciwnie, podkreśla jeszcze silniej wyjątkową ofiarność i bohaterstwo uczestników owej wielkiej, tragicznej epopei Małego Jaworowego. ZDRADZIECKA PUŁAPKA GRANATÓW. Capów wyrozumienia, i pohamuj się, Turku jeden, żebym ci tego. - Zaczekajmy jeszcze czut-czut - popatrzył błagalnie na ponuro-pogodną twarz chudego Malca, który idealnie umiał połączyć zasadę keep smiling z głębokim przejęciem, jakim winien się cechować. ten, kto bierze pieniądze za pośrednictwo z wiecznością. Malec One kiwnął z powagą swoją ptasią głową, i pobiegł z ponurym uśmiechem : powitać wysiadającą z kolejnego samochodu parę: w masywnym grubasie Pawlak rozpoznał prezydenta Stowarzyszenia Rzeźników Polskich. Pan Szafranek był w towarzystwie małżonki, której piętrowy, przystrojony sztucznymi owocami kapelusz, przypominał warszawski Pałac Kultury i Nauki przyozdobiony na dzień obchodów Pierwszego Maja w portrety przywódców narodu, flagi i balony. Szafranek uściskał dłoń Kaźmierza i wylewnie zaprosił go wraz z rodziną na bankiet, jaki Stowarzyszenie Rzeźników wespół z Towarzystwem Synów Piasta wydaje z okazji 25 rocznicy instalacji proboszcza parafi. Czy Pawlak zapamięta, że to pojutrze w kafeterii Wyższej Szkoły św. Trójcy na Division street? Wystarczy wpłacić na ręce jego małżonki 15 dolarów za osobę, by czuć się zaproszonym. Pawlak obojętnie wzruszył ramionamii, za to Malec One wyraził zachwyt dla tej propozycji, bo zależało mu na dobrych stosunkach z rzeźnikami, którzy byli mile widziani w przyszłości jako klienci jego firmy. Z Funeral Home dobiegał gwar ożywionych rozmów. Malec One życzliwym gestem zapraszał Pawlaka do wnętrza, ale Kaźmierz wciąż tkwił na swym posterunku na zewnątrz: jak ma spojrzeć Jaśkowi w oczy, jeśli nie spełni jego ostatniej prośby? W basemencie Funeral Home braci Malec życie towarzyskie kwitło jak na przyjęciu urodzinowym. Zebrani tam rodacy klepali się z rozmachem po plecach, wymieniali uwagi na temat polityki Cartera, odwiedzin papieża w Chicago i kłopotów podatkowych. Syczał ekspres do kawy, grzechotały kostki lodu w wysokich szklankach z whisky, które Malec Two skwapliwie napełniał, krążąc z butelką wśród gości. Dla dzieci miał pod ręką coca-colę, bo o dzieciach bracia Malec nie zapominali, pragnąc od małego oswoić ich z tym miejscem, w którym kiedyś mogą znaleźć spokojną przystań. Podziemny salonik był urządzony na wpółjak bar, na wpółjak pokój dziecinny. Pod oknem ciągnęła się lada barowa, zaś ściany były wytapetowane w kolorowe modele samochodów, a na półkach stały miniatury aut do zabawy. Dzieci, klęcząc na dywanie, między nogami dorosłych żałobników urządzały wyścigi zdalnie sterowanych modeli. Wśród tego rozgadanego tłumu, grzechoczącego lodem w szklankach, stojący z woreczkiem ziemi Franio Przyklęk wyglądał jak ktoś, kto trafił tu przez pomyłkę. Stał w kącie z uszami odstającymi jak liście kapusty i przytulał do piersi parciany worek, jakby tam był jakiś skarb. Nie spuszczał wzroku z Ani i może dlatego nie zauważył, że obecni starają się nawet o niego nie otrzeć. Ktokolwiek spojrzał w jego stronę, ściszał głos, jakby informacje o turnieju kręglarskim czy o zebraniu zarządu Klubu Weteranów lub zabawie towarzyskiej, jaką urządza w następny weekend Towarzystwo Niewiast Różańcowych były ściśle tajne i w żadnym razie nie powinny wpaść w te odstające uszy stroiciela. Franio Przyklęk nie był nawet tego świadom, że dzięki swemu słuchowi absolutnemu od lat był uważany za agenta wywiadu PRL. Dziś, nie docierała do niego kojąca muzyka, sącząca się z ukrytych w suficie głośników. Nie dostrzegał niechętnych.