rzucać poczynało zbyt jaskrawe i ostre promienie. .
Wielu przykłada wprawdzie wielką wagę do tego co się da osiągnąć. - powiedział Rafał ze złością, ale usiadł za kierownicą i zapalił silnik. - Wielkie mi co, godziny szczytu, jak złoto! Piechotą go dogonisz! -Skończyli! - wysyczał dzikim głosem Bartek, wyglądający zza narożnika. Nie było czasu na dyskusje. Zaledwie Rafał zdołał zawrócić na wąskiej jezdni, zaledwie całe towarzystwo wepchnęło mu się do samochodu i ruszył, za nim ukazał się mercedes. Wyprzedził go i Rafał przyśpieszył. W mercedesie przez tylną szybę widać było tylko kierowcę i pasażera. - Pana Wolskiego udeptali na podłodze - powiedział ponuro Bartek. - Rób, co chcesz, ale trzymaj się blisko - zażądała Janeczka. Rafał zacisnął zęby i niknął gniewnie przez nos. Wisłostradą i mostem Poniatowskiego przedostali się na Pragę. Dzięki korkom na jezdni Rafał nadążał bez trudu, zaczął zostawać w tyle dopiero po drugiej stronie Wisły. Mercedes jechał na południe. Minęli Saską Kępę, minęli Gocław, zaczęło się już robić ciemno, ilość samochodów znacznie zmalała, tylne światła mercedesa widzieli jeszcze z daleka. -Miedzeszyn - powiedział posępnie Rafał.. - A ja Kamę kocham jeszcze więcej.. Nas wykupiłeś. - I cóż, drogi Panglossie, rzekł Kandyd; gdy cię. Byli teraz sami w jadłodajni. Scripps, Mandy i Diana. I jeszcze tylko komiwojażer, teraz już stary przyjaciel. Lecz jego nerwy były tego wieczoru wstrzępach. Złożył nagle gazetę i ruszył do drzwi. -Do zobaczenia - powiedział. Wyszedł w noc. Wyglądało, że to jedyna rzecz, jaką mógł zrobić. Więc zrobił to. Byli teraz w jadłodajni jedynie we trójkę. Scripps, Mandy i Diana. Jedynie ich troje. Mandy gadała. Opierała się o kontuar i gadała. Scripps utkwił wzrok w Mandy. Diana nie miała teraz nic przeciwko słuchaniu. Wiedziała, że to koniec. Że wszystko się już skończyło. Lecz podjęła jeszcze jedną próbę. Ostatni elegancki wysiłek. Może wciąż mogła go zatrzymać. Może to wszystko było po prostu snem. Podniosła głos i odezwała się: -Scripps, kochanie - powiedziała. Jej podniesiony głos nieco szokował. -O co ci chodzi? - spytał gwałtownie Scripps. Ach, to było to. Znów ta okropna szybka mowa. -Scripps, kochanie, nie chciałbyś pójść do domu? - głos Diany drżał. - Jest nowy "Mercury" - przerzuciła się z "London Mercury" na "American Mercury", po prostu by sprawić Scrippsowi przyjemność. -"Właśnie przyszedł." Chciałabym Scrippsie, żebyś nabrał ochoty na powrót do domu, jest taka cudowna rzecz w tym "Mercurym". Chodźmy do domu, Scrippsie. Nigdy dotąd o nic cię nie prosiłam. Chodźmy, Scrippsie, do domu! Ach, nie wrócisz do domu? Scripps podniósł wzrok. Serce Diany zabiło mocniej. Może pójdzie. Może ona go zatrzyma. Zatrzyma go. Zatrzyma go. -Chodź, Scrippsie, kochanie - powiedziała łagodnie. - Tam jest wspaniały esej Menckena o kręgarzach. Scripps odwrócił wzrok.. - Widocznie do porwania nie doszło dokładnie pod bramą powiedziała.Alice mówiła mi, że stały wówczas u wylotu pobliskiej uliczki i czekały na powóz, który po nie wysłałam. Rozejrzała się uważnie i dodała: - Myślała zapewne o rogu tamtej uliczki, gdzie kręcą się jacyś chłopcy.. Szpitalu, pod pozorem, że doszliśmy do wniosku, że lekarze są w zmowie z. Bezwładno¶ć.. Naprawienia. Tam, gdzie są w nas niedoskonałości, Kundalini. - Oj, ludzie, trzymajcie mnie, bo ubiję jak psa! Szasta się po podwórzu jak pies spuszczony z łańcucha. Porywa z klombu połówkę bielonej cegły i bierze zamach, celując w kapelusz Kargula, ale jakoś wolno tę rękę unosi, jakby licząc na to, że Witia i Pawełek zrozumieją intencję zawartą w tym okrzyku "Trzymajcie mnie"... I tak się stało: ręka Kaźmierza już jest w górze, już pobielana cegła ma pofrunąć w stronę wroga, lecz w tej chwili synowie chwytają go wpół. Kargul macha ręką z wyraźnym lekceważeniem i odchodzi na ganek swojego domu. Kaźmierz kontroluje kątem oka sytuację: widzi, że jego zajadłość znalazła uznanie w oczach Jaśka, bo ten demonstracyjnie spluwa w stronę płotu sąsiadów i rzuca przez sztuczne zęby przekleństwo, często w rodzinie Pawlaków jeszcze przez ich ojca, Kacpra, używane na wszystkich noszących portki Karguli: "Koniosraj jeden!" Kaźmierz uznaje, że to najlepszy moment, żeby nawiązać porozumienie z Johnem. Nie może pokpić sprawy: wszak kiedy znów stanęli murem przeciw Kargulowi -znajdą wspólny język. Tylko niech mu Jaśko da dokończyć historię owego pierwszego dnia, kiedy to płot się zawalił w trakcie powitania obu rodzin. Znając tylko początek dramatu, nie wolno wydawać wyroku o jego bohaterach. Dopada brata, który poprawia przekrzywioną w trakcie kłótni muszkę. Chce go wziąć -jak przedtem - pod łokieć, żeby dokończyć opisanie świata, którego Jaśko nie zna, bo na emigracji przebywał..
