wypływają ukryte tendencje umysłowe. Susziumna nadi jest .

- ym światku. Torował sobie drogę w tłumie szukając okazji. Nie lubi pan pięknych snów? szepnął mu do ucha Por ńczyk w ciemnych okularach, który zauważył je%o manewry.. . Podbiegł szybko do starego Kucharczyka, ujął go za trzeci guzik, pociągnął, lecz potem wytoczył się na krótkich nóżkach z izby, nie zdążywszy oberwać guzika. Biegł teraz po drodze, jakby go ktoś ścigał. Machał śmiesznie ramionami i wciąż powtarzał:. - Mnie cudza ręka dopieruto ogoli, jak ja już do trumny będę szykował sia. -I - Kargul machnął na to ręką - obiecanki-cacanki! Już raz żeś do umarcia gotów był, jakeś chciał Anię na ziemi zatrzymać. I co? Póki co, żyjesz... - Ale co to za życie? - westchnął Pawlak, patrząc przez bulaj na sine wody morza.. Pracować, chociaż nie ze wszystkimi programami. Te bardziej rozbudowane (których na rynku jest coraz więcej), nie mieszczące się na najbardziej pojemnej dyskietce ( I,44 MB), nie będą mogły być uruchomione. Dlatego proponujemy, aby przy doborze. Jeden utkwił mi specjalnie w pamięci. Zaprosił mnie na niego telefonicznie przyjaciel, ukrywający się pod zmienionym nazwiskiem były kapitan Korpusu Ochrony Pogranicza, Michał N. Był działaczem podziemia, toteż nie zdziwiło mnie, że zabawa sylwestrowa odbyć się miała w warunkach konspiracyjnych. Żeby się dostać do pewnego mieszkania przy Hożej, trzeba było dzwonić trzy razy krótko, raz długo. Dopiero na to hasło drzwi miały się otworzyć. Poszedłem tam przed trzecią po południu, bo na tę godzinę wyznaczony był początek uroczystości, która wyjątkowo miała się skończyć przed godziną policyjną. W mieszkaniu, ku mojemu zdziwieniu, zastałem mnóstwo ludzi, jakkolwiek zapraszający mnie powiedział, że będzie tam zaledwie kilka osób. Oprócz gospodyni, zwanej w konspiracji Hożą Zosią, i jeszcze jakiejś pani byli sami młodzi mężczyźni, niektórzy w modnych wówczas długich butach, tak zwanych oficerkach. W pewnym momencie zasiedliśmy do stołu. Napełniono kieliszki i mój przyjaciel Michaś wystąpił z pierwszym toastem. Brzmiał on mniej więcej tak: - Panowie oficerowie, baczność. Wznoszę ten kielich za to, byśmy w roku przyszłym zebrali się w Sylwestra już w mundurach! Stuknęły obcasy, zabrzęczały kieliszki, spełniono jeden, drugi toast, zaczęło być przyjemnie i wesoło. Choć przyznaję, że każdy dzwonek u drzwi, zwiastujący przybycie jeszcze jednego młodego człowieka, przyprawiał mnie o lekki niepokój. Coś za dużo osób wiedziało o tym przyjęciu. Zwierzyłem się nawet z tym Michasiowi, który robił honory domu. - Możesz być spokojny, nic ci tu nie grozi, jesteś pod dobrą opieką. Obstawa jest taka, że mucha nie siada. Pierwsze posterunki stoją już na rogu Hożej i Poznańskiej. Następne w bramie, oczywiście odpowiednio zaopatrzone. My też mamy coś niecoś - tu wyciągnął z kieszeni parabellum. - Żaden szkop nie ma prawa wyjść stąd żywy. Włos ci z głowy nie spadnie. Jest tu najbezpieczniejsze dziś miejsce w Warszawie. Uspokoiło mnie to, ale nie tak bardzo, dopiero trzeci kieliszek przywrócił mi całkowicie równowagę ducha i całym sercem począłem brać udział w zabawie. Przeciągnęła się ona długo poza godzinę policyjną. Kiedy wreszcie wyszliśmy na puściusieńką ulicę i złapaliśmy z Michałem i jeszcze dwoma kolegami jakąś zapóźnioną dorożkę, dochodziła jedenasta w nocy. Zacząłem się spieszyć do domu przypomniawszy sobie, że żona prawdopodobnie się o mnie niepokoi, ale Michał powiedział, że mnie wytłumaczy, i zaprosił się do nas na resztę tak mile zaczętego wieczoru. Obydwu jego kolegów postanowiliśmy zabrać także. Śpiewaliśmy wesoło: "Wżeń, Wien, nur du allein!" - żeby spotkane patrole myślały, że jadą zalani folksdojcze. Nikt nas nie zaczepił. Wstąpiliśmy jeszcze na ulicę Bartoszewicza, gdzie Michaś miał zaprzyjaźniony sklep. Dostał się tam od tyłu i kupił dwie butelki wina oraz jakieś frykasy. Za kwadrans dwunasta przez most Kierbedzia zajechaliśmy wreszcie do mnie na Zygmuntowską. Wraz z dozorcą otworzyła nam bramę moja zapłakana żona i nieletnie dziecię. Pędem wbiegliśmy na górę, by o dwunastej powitać Nowy Rok. Udało się, życzyliśmy sobie gorąco przetrwania i doczekania niepodległości. Niestety jednak, jak się później dowiedziałem, nikt prawie z wesołych uczestników Sylwestra na Hożej nie witał go nigdy potem w mundurze. Jedni polegli w różnych akcjach i Powstaniu, inni zginęli w obozach.. Odwrócił głowę, żeby nie zapomnieć o czekającym go zadaniu.. - Namiętność jest piękna. Ale czasami trzeba za nią zapłacić. - Znowu zachichotała. - Ta posadzka. Założę się, że mam siniaki na plecach..